Obserwatorzy

klauzula bezpieczeństwa

Wszelkie mądrości, bzdety i złośliwości na tym blogu, o ile nie zaznaczyłam inaczej podając źródła są moim wymysłem, a nawet własnością. Te niedoświetlone i kiepskie foty też. Zdjęcia z Burd, innych gazet czy książek (o ile nie podaję źródła), są skanami materiałów będących w moim posiadaniu.

Jeśli masz ochotę coś sobie przywłaszczyć to droga wolna. Razem z nimi przygarniasz część moich problemów, traum i niedoświetlenia.

Online visitors

środa, 10 sierpnia 2016

Na zielonej łące raz dwa trzy.

Zakochana w alpace brushed silk dziergam kolejny piórkowy sweter. Tym razem inspiracji dostarczyła mi Intensywnie Kreatywna wrzucając razu pewnego w swym cyklicznym poście "znalezione na" taki oto sweterek.
Zapałałam chęcią posiadania podobnego. I tak oto z soczyście zielonej włóczki dzierga się mozolnie z braku czasu coś, co w zamierzeniu ma być do owego swetra podobne. Co wyjdzie, to się okaże. Korzystać z gotowych wzorów nie lubię. To trochę jak z Burdą. Opisy często są dla mnie niezrozumiałe i męczące. Ot, taka ułomność.
Mam lekką zagwozdkę jak zrobić plisę z wiązaniem, ale będę kombinować.  Może nie wyjdzie identycznie i idealnie, ale satysfakcja z samodzielnego rozgryzienia będzie większa. A jak nie wyjdzie, to zawsze mogę spruć i zrobić normalny dekolt. No stress.

Jak widać Franek też kocha alpakę.

No, to taki post samomotywujący :)

sobota, 6 sierpnia 2016

Scenki z życia holenderskiej biurwy czyli welcome in Mordor_3

Telefon.
- Melduję, że już skończyłem pracę. Może Pani wysłać kierowcę.
Bożeee... Tiesto, to ty? - myślę sobie. Po chwili wracam do rzeczywistości.
- A Pan to kto, bo się Pan nie przedstawił. Pada nazwisko. Uprzejmie informuję, że Pan ma niecałe dwa kilometry z pracy do domu, więc kierowcy wysyłać do niego nie będę. Może dojść na piechotę.
- Ale ja nie trafię - pada odpowiedź.
- Razem z Panem pracuje przynajmniej 10 osób mieszkających koło Pana. Niech Pan z nimi wróci.
Za godzinę telefon.
- Melduję, że już jestem w domu. Nie musi Pani jutro rano kierowcy wysyłać, bo trafię do pracy.
O jak miło... Limuzynę zatrzymam dla kogoś innego.


Podliczam godziny pracy w lipcu. Ponad 200. Zapłacone za 160. Idę do szefów na rozmowę z grzecznym pytaniem jak to będzie wypłacone. Najpierw się migają, że muszą pomyśleć. Mają dać odpowiedź za kilka dni. Po owych kilku dniach informują, że... nadgodzin nie zapłacą, bo nikomu nie płacą i mam je potraktować jako... inwestycję w przyszłość, siebie i rozwój firmy. Dawno się tak nie ubawiłam. Żałuję tylko, że nie nagrałam rozmowy. Byłaby hitem youtube.Co nie zmienia faktu, że nie lubię jak ktoś nie ma szacunku dla mojej inteligencji, używając nieudolnych motywacji vel manipulacji. Gdybym chciała pracować jako wolontariusz poszłabym do schroniska dla zwierząt a inwestować w siebie wolę idąc na kurs językowy lub kroju i szycia.
Ale usłyszałam, że cenią moją pracę, są ze mnie zadowoleni, cenią moje zdolności administracyjne i chcieliby żebym została w firmie jak najdłużej i nie chcieliby mnie stracić. Gryzę się w język by nie parsknąć śmiechem, bo  stają mi przed oczami brazylijskie seriale, w których Hortensjo mówi do Izaury, że nie chce jej stracić a potem idzie dymać inną niewiastę.
A potem pada pytanie:
- A jak ci się podoba praca? Jesteś z niej zadowolona? Czytaj - w pytaniu zawarta jest odpowiedź.
Mam ochotę powiedzieć, że musiałabym być chora umysłowo, żeby lubić użeranie się elementem o inteligencji pantofelka (przepraszam wszystkie organizmy jednokomórkowe jeśli poczuły się urażone), pracę za free w każdą sobotę i rozmowy z niektórymi chamskimi klientami, którzy mają zwyczaj mówić o nas "kut" w wolnym tłumaczeniu "głupia pizda". Ale znowu gryzę się w język. Auuuć... I mówię:
- Pracuję dla pieniędzy. To nie jest hobby ani praca moich marzeń.
Konsternacja. Oj, nie tego się spodziewali.
- Ale mamy nadzieję, że nie szukasz innej pracy.
Znowu gryzę się w język i odpowiadam.
- Jak Michael Kors zadzwoni, to nie odmówię.
- Kto to jest Michael Kors?
 Język mi już puchnie, bo znowu się w niego ugryzłam.
- Projektant.
- Chcesz być projektantem?
- Nie, rekruterem.
- Ale tylko Michael Kors?
Zabawę mimo pogryzionego jęzora mam coraz lepszą, więc mówię:
- Nooo... jak Dior zadzwoni albo Balanciaga to też nie odmówię. Nie dodaję, że obaj nie żyją.
Konsternacja.
Dla zatkania i ułagodzenia dostaję wolną sobotę. Pierwszą od dwóch miechów. Jak miło.
Czy czuję się zmotywowana? Oczywiście. Do szukania innej pracy.



czwartek, 28 lipca 2016

Tej firmy nie polecam DPD


Zamawiam kosmetyki z polskiego sklepu. Przesyłka powinna być następnego dnia. Nie ma. Kolejnego też nie. I następnego również. Pierwsze co mi przychodzi do głowy, że skoro to polski sklep to pewnie jacyś oszuści. W końcu piszę do tego sklepu kiedy dostanę paczkę. Odpisują, że przesyłka jest dostarczona. Do sąsiada. Debilowaty kurier nie zostawił awiza. Mogłam sobie tak czekać do usranej śmierci.

Z braku czasu na bieganie po sklepach moje ukochane perfumy zamówiłam przez internet. Przesyłka powinna być dostarczona w poniedziałek 26 lipca. Ponieważ musiałam wyjść z domu, a kuriera nie było sprawdzam po powrocie do domu stan przesyłki. Okazuje się, że została dostarczona. Tyle, że w domu ani paczki, ani awizo. Myślę, że pewnie ten debil znowu zostawił paczkę u sąsiada. Tylko u którego? Mam biegać po całej wsi i pytać od drzwi do drzwi? Piszę do customer service DPD. Dostaję odpowiedź, że... kurier w ogóle paczki nie dostarczył i przywiezie ją następnego dnia.
Następnego dnia patrz jak wyżej - ani paczki, ani informacji. Szlafia mnie trag, bo na stronie widzę, że paczkę odebrałam i podpisałam. Wysyłam mail do sklepu oraz do DPD z informacją, że przesyłki nadal nie ma, a używanie mojego nazwiska i podpisu to przestępstwo i wygląda na świadome działanie przestępcze a nie pomyłkę i jeśli nie wyjaśnią sprawy czyli nie dostanę zakupionego towaru to zawiadomię policję. Po takiej reakcji, dziś po powrocie do domu paczka się cudownie znalazła. Bez informacji ze strony customer service, bez słowa przepraszamy. Gdzie była? A to kolejna ciekawostka. Debil zostawił ją... na dworze, przed domem na kontenerze na śmieci. Lenistwo? Głupota? Brak szacunku dla klienta i jego dóbr. Wszystko na raz.

Następnym razem jak będę coś zamawiać to najpierw sprawdzę czy wysyłają przez DPD czy jakąś cywilizowaną firmę. I Wam też to radzę.

niedziela, 24 lipca 2016

Scenki z życia holenderskiej biurwy czyli welcome in Mordor_2

Telefon.
Facet pyta o swój adres. Już mnie to nie dziwi. Sprawdzam, zaczynam podawać, a ten mi na to, żebym to policjantowi powiedziała, bo go zatrzymali. Też mnie to nie dziwi. Podaję miłemu policjantowi adres niemiłego pracownika. Przedstawiciel władzy pyta czy mogę tłumaczyć. Zaczyna się jak w amerykańskim filmie od informacji, że typ na pytanie odpowiadać nie musi i może skontaktować się z adwokatem. Zabił kogoś - myślę sobie. Też mnie to nie dziwi. Okazuje się, że TYLKO skalał się polską cechą narodową czyli popijaniem sobie pifka w miejscu publicznym. Zupełnie mnie to nie dziwi.


Podchodzę do okienka, gdzie czeka interesantka.
- Nu, ja nie połucziła sms-ku..... - zaczyna niewiasta świecąc złotymi zębami. Nie próbuję zrozumieć co ma dalej do powiedzenia. Pytam czy mówi po angielsku, holendersku ewentualnie po polsku, bo ja po rosyjsku nie mówię. Głaza jej się rozrzeszają podobnie jak otwarta złotozębna paszcza. W końcu wzrusza ramionami i idzie precz. I dobrze.


Telefon.
- Proszę Pani, ja już od godziny jeżdżę i nie wiem jak dojechać do domu!!!
- A gdzie Pani jest?
- Nie wiem.
- Przykro mi, ale nie jestem nawigacją satelitarną i Pani nie pomogę.

Telefon.
- Dzień dobry, ja jutro jadę do firmy X i jestem kierowcą. Czy ktoś ze mną pojedzie? Bo mam nawigację, ale nie wiem czy trafię.
Żesz kuźwa brzmi jak humor z zeszytów szkolnych?


Kandydat do pracy. Dostaje stosowny formularz, kseruję jego dokumenty. Sprawdzam wypełniony druk. Brak maila, telefonu, adresu.
- Może Pan wpisać maila? Informacje o wypłatach wysyłamy tylko mailem.
- Nie mam.
- Brakuje numeru konta bankowego. Nie wypłacamy gotówki, tylko przelewy.
- Nie mam.
- Proszę też wpisać numer telefonu.
- Nie mam.  Sprzedałem, żeby wyjechać do Holandii.
- Gdzie Pan mieszka?
- Nigdzie. Kolega mnie wystawił.
Może powinnam mu wierzyć. Może powinnam mieć choć trochę empatii. Może mówi prawdę, a może sprzedał telefon, żeby mieć na działkę. Kierowanie się empatią do tej pory sprowadzało tylko problemy. Nie ma już we mnie empatii. Tylko czemu przez kolejne dni zastanawiam się, co z tym człowiekiem się dzieje? Niech to wszystko szlag trafi.

sobota, 16 lipca 2016

Scenki z życia holenderskiej biurwy czyli welcome in Mordor.

Telefon.
- Proszę pani, jaki ja mam numer telefonu?
- Jak pan go nie zna, to skąd ja mam go znać?
- A co? Nie wyświeta się pani?
- To telefon stacjonarny. Nie, nie wyświetla.
-  To ja wyślę pani sms-a.
- Bardzo proszę. Na telefon stacjonarny na pewno dojdzie.


Telefon. Dzwoni kobieta, z którą koleżanka wcześniej już cztery razy rozmawiała tłumacząc jej sprawę. Bełkotliwym głosem mówi:
- Chceeem rosssamawiaac sss paaniaa X.
- Nie ma jej, już wyszła.
Wstawiona niewiasta (a co sssse będzie żałować, w końcu jest sobota) niezrażona domaga się rozmowy z koleżanką i nie dociera do niej, że ma zadzwonić w poniedziałek. W końcu rzuca:
- Aaaaa ja ssss paaaniaaa nieee beeedee rooosmawiac, bo paani jest nieekompeeeteeenta.
- No, skoro nie jestem kompetentna to faktycznie nie ma sensu rozmawiać. Udanego łykendu. Do widzenia.


niedziela, 19 czerwca 2016

Skończony prostak o wadze piórkowej.

Wbrew podejrzeniom nie będzie to post o ex Szefuniu Knurzej Twarzy nie mylić z Centurionem Szczurzą Śmiercią.
Miał być zwykły, prosty do bólu i szybki w robieniu sweter. Zrobił się dosyć szybko, bo w 5 dni. Z tego 2 dni dla kadłubka bynajmniej nie Wincentego, a reszta na rękawy i zdublowane plisy.  Turbo doładowaniu pomogła wysoka mizialność włóczki oraz niemiłościwie nam panująca brzydka pogoda w Holandii. Sweter zadebiutował w Belgii, ale w zdjęciowym wyścigu przegrał z okolicznościami przyrody.

Miłość do tej wełenki jeszcze mi nie przeszła. Rzekłabym, że wzrasta z każdym dzierganym oczkiem. Co nie znaczy, że jestem całkiem zadowolona. Z siebie nie jestem zadowolona.
Sweter z założenia miał być prosty jak cep. W tej historii za cepa mogę robić jedynie ja.
Mankiety bez ściągaczy miały się wywijać. Nie wywijają. Dzierganie od góry lubię i nie lubię. Owszem nie ma szycia,  raglanowe rękawy wyglądają efektownie, plusem jest też kontrolowanie ilości wełny, ale ciągle jeszcze nie widzę przy tym dzierganiu efektu finalnego i stąd rozjazdy wizji z rzeczywistością oraz błędy. A ja nie lubię robić błędów.
Rękawy robione magic loopem doprowadziły mnie do szału. W pierwszym mimo, że dociągałam włóczkę (a przynajmniej takie miałam wrażenie) zrobiły się po magloopiczne dziury, czy raczej rozciągnięte oczka. Drugi rękaw zatem w obsesji prześwitów dziergałam tak ściśle, że miałam  problem z przesuwaniem oczek na drucie. A dziury i tak się pojawiły. O tym, że tak różne dzierganie wpłynęło na różny wygląd rękawów pisać nie muszę. Na szczęście hasło "przyjdzie woda i wyrówna" pomogło (trzymajmy się tej wersji).
Wniosek - każda włóczka jest inna i zrobienie próbki nie daje pełni jej obrazu a atrakcje i tak pojawią się w trakcie pracy. Za każdym razem inne. Coby się nie nudzić i mieć o czym pisać.

Prawa strona swetra. 

Prawa strona i wywinięte zdublowane mankiety.

Lewa strona prostaka.

Włóczka - alpaca silk brushed kolor paars znaczy się śliwka. Na sweter zużyłam 4 kłębki. Robiąc sweter do linii bioder i z normalnymi rękawami a nie w wersji dla ciepłoluba z sierocińca sprężyłabym się może w 3. Druty nr 5.  Końcówki swetra co to nie chciały się wywijać przerobiłam na ściągacze/plisy w opcji dubble knitting. Jak się uprę to sweter na obydwie strony mogę nosić. Choć jak się znam, to upierać się nie będę. Przy tej włóczce, magicznych loopach oraz dubble knitting pożałowałam, że nie kupiłam knitpro z drewnianymi drutami. Pewnie zmiejszyłoby to ślizgawkę na drutach.

Historia z życia dziergającej (nie odważę się nazwać dziewiarką):
Dzwoni telefon, a że czekałam na ważną rozmowę, to zrywam się z sofy i lecę do biurka.
Z włóczką lecę, ze swetrem lecę, z drutami lecę. O raaany, na druty lecę...
I tu w głowie wyświetla mi się komunikat: o jak dobrze, że drewnianych nie kupiłam.

Uprzedzając pytania - drutom nic się nie stało, swetrowi nic się nie stało, telefon odebrałam (też mu się nic nie stało), strat w ludziach prócz złamanego do trzewi paznokcia nie odnotowano.  Można dziergać następnego pierzastego. A propos na drutach i na Loli obecnie:

Bzowa babuleńka

Zielony piórkowy.
Jeśli chodzi o bzową babuleńkę to chodzi mi po głowie wstawienie zamka zamiast planowanej plisy, która może zaburzyć wzór na froncie. Najlepiej krytygo.  Tylko nie wiem czy istnieje coś takiego jak kryty zamek rozdzielczy. Nie miała baba kłopotu, zmieniła koncepcję.

niedziela, 12 czerwca 2016

O jeny... Ardeny.

Miała być wycieczka w niemieckie góry, ale jakoś nic ciekawego na cito się nie udało wyszukać. Stanęło zatem znowu na Ardenach, tym razem rejon Aywalle.
Powitalny widok z tarasu domu.

Na malowniczym szlaku wzdłuż rzeki Ninglinspo złapała nas burza. Taka na wypasie. Z gradem sypiącym dwucentymetrowymi kulkami lodu i dosyć boleśnie walącymi nimi po głowie. Ziemia zaczęła przykrywać się śliską warstwą lodu. Wpadliśmy na pomysł by schować się pod mosteczkiem, bo snucie się po lesie przy burzy z piorunami wydawało się mało rozsądne. Drewniany mosteczek co prawda nie uginał się, ale pomysł padł, gdy milutko szemrzący strumyczek na brzegu którego przycupnęliśmy zamienił się ekspresowo w rwącą rzekę rzygającą wzburzonym błotem. Na szczęście był to raczej początek szlaku, więc w miarę szybko (o ile da się biec w błocie i ślizgając na lodowych kulkach tudzież mokrych kamieniach) i bezpiecznie udało nam się wrócić. Do domu dotarłam na własnej skórze poznając określenie - przemoczona do suchej nitki.
Tu serdecznie dziękuję pewnej aplikacji mobilnej, która winna ostrzegać o przewidywanym deszczu z uprzedzeniem przynajmniej półgodzinnym. Wiadomość o deszczu doszła jak już ubranie było mokre, buty były mokre, skarpetki mokre, ba nawet bielizna była przemoczona. W domu dla zdrowotności wlałam w siebie dużą dawkę aspiryny C, gorącej herbaty z miodem, cytryną i imbirem oraz jeszcze większą ilość belgijskiego piwa - dla zdrowotnej poprawy nastroju.








Na szlak wróciliśmy innego dnia. Prócz błota gołym okiem widać było, że wody w strumieniu przybyło. W pewnym miejscu przejście zostało zalane. Stanęliśmy przed dylematem czy wracać (o rany, znowu???), ryzkować przejście przez prowizoryczną drewnianą konstrukcję kolebiącą się już od samego patrzenia czy wleść do wody mocząc buty (o rany, znowu???) i kontynuować wędrówkę z chlupotem mokrych stóp i widmem przeziębienia kooperującego z zapaleniem pęcherza. W końcu wpadłam na pomysł zdjęcia butów i przejścia rzeczki na bosaka. Mądre to nie było. Można było się poślizgnąć, albo rozciąć stopę na ostrych kamieniach. Szczęście głupim widać sprzyja. I w ten oto sposób byliśmy chyba jedynymi turystami w dalszej części lasu.

Tu widać co strumyczek zrobił z mostem po burzy. Wcześniej mostek unosił się wysoko nad wodą.





Widok na miejsce naszej przeprawy na bosaka. Wygląda przyjaźnie, ale woda sięgała mi miejscami do połowy łydki. Brrrr... zimno.





Panorama z punktu widokowego Point De Vue Drouet.







W planach mieliśmy zwiedzenie jaskiń w Remouchamps. Typową dla tego miejsca atrakcją jest, że prócz zwiedzania jaskiń per pedes podziwa się owe podziemia także płynąc łodzią po rzece Rubikon notabene groty leżą przy drodze nomen omen 666. Diabelskie miejsce.  Pierwszego dnia okazało się, że poziom wody na taką wyprawę jest za niski. Zdecydowaliśmy się wrócić innego dnia. Po ulewie okazało się z kolei, że poziom wody jest za wysoki. Dalsze odkładanie nie miało sensu, może by się okazało, że przy moim szczęściu, gdy poziom wody jest ok, to wszystkim łódkom zaczęło coś dolegać, albo przewodnicy strajkują.  Mogliśmy zatem zobaczyć tylko część dostępną do zwiedzania "nogami".  Witajcie w Belgii.
Kolorystyka zdjęć dziwna, ale w końcu robione w jaskini po ciemnicy i nie na legalu, bo teoretycznie zdjęć robić nie wolno.







Stalagmint La Dame Blanche. Największy i najszybciej "rosnący" 



Tradycyjnie logistyka i organizacja w Belgii jest pod zdechłym Azorkiem. W wynajętym domu było zatrzęsienie przewodników, publikacji turystycznych, folderów reklamowych. Nigdzie nie było natomiast informacji o szlakach wędrówkowych (choć jedna z tras wiodła 300 metrów od domu). Najbardziej szczegółową mapę znaleźliśmy przy drodze, na posesji... burdelu. Witajcie w Belgii.
Innego dnia szlak, a co za tym idzie pół lasu było zamkniete na okoliczność jakiegoś eventu, oznakowanego niczym miejsce masowych mordów. O samym oznakowaniu szlaku zamilczę. Jakoś tak mam wrażenie, że Belgowie albo nie potrafią, albo mają w zupie dobrą promocję posiadanych cudności natury.  Przyznaję, że okoliczności przyrody i tak rekompensują irytujące niedomagania organizacyjne. Zdjęcia nie oddają tego uroku, bo jak pokazać ten szum wody, zapach lasu latem, śpiew ptaków czy zapierające dech w piersiach widoki? No to pocieszmy się jeszcze tymi widokami wspólnie.

Spacer znad rzeki Amblève.






Tu widać kajak, który utknął pod zwalonymi drzewami. Nie wiem czy moje przypuszczenia są prawdziwe, ale ta przeszkoda wyglądała  mi na robotę bobrów  współpracujących z burzami.



I kilka inszych inszości z belgijskiej wyprawy.
Belgijskie mućki Milki uroczo pozujące do zdjęcia. Jak mogłam im odmówić?

Retro autka złapane na szybko i w biegu. 




Plan wycieczki do Belgii zakładał również spływ kajakowy. Miejsce zabukowane, jedziemy. Na miejscu wszystko zamknięte na cztery spusty. Kręcimy się po okolicy. Dociera do nas mail - z powodu zbyt wysokiego poziomu wody i dużych prądów wypożyczalnia zamknięta, a rezerwacje odwołane. Witajcie w Belgii.
Jako namiastka kajakowa wyprawa po mojej wsiowej okolicy po powrocie.
Mina na okoliczność palącego w oczy słońca. 

A od jutra - koniec złotej wolności. Szykuje się nowa praca i pewnie znowu zero życia w życiu.