Obserwatorzy

klauzula bezpieczeństwa

Wszelkie mądrości, bzdety i złośliwości na tym blogu, o ile nie zaznaczyłam inaczej podając źródła są moim wymysłem, a nawet własnością. Te niedoświetlone i kiepskie foty też. Zdjęcia z Burd, innych gazet czy książek (o ile nie podaję źródła), są skanami materiałów będących w moim posiadaniu.

Jeśli masz ochotę coś sobie przywłaszczyć to droga wolna. Razem z nimi przygarniasz część moich problemów, traum i niedoświetlenia.

Online

czwartek, 20 lipca 2017

Piosenka na dziś - Angel By The Wings.

"Old soul, your wounds they show
I know, you have never felt so low
But hold on, head up, be strong
Oh, hold on
Hold on until you hear them come
Here they come oh

Take an angel by the wings
Beg her now for anything
Beg her now for one more day
Take an angel by the wings
Time to tell her everything
Ask her for the strength to stay

Oooooooh
Oooooooh
Oooooooh
Oooooooh [repeat]

You can, you can
Do anything, anything
You can, do anything
You can, you can
Do anything, anything
You can, do anything

You can, you can
Do anything, anything
You can, do anything
You can, you can
Do anything, anything
You can, do anything

Look up, call to the sky, oh
Look up, and don’t ask why
Oh
Just take an angel by the wings
Beg her now for anything
Beg her now for one more day
Take an angel by the wings
Time to tell her everything
Ask her for the strength to stay

Oooooooh
Oooooooh
Oooooooh
Oooooooh [repeat]

You can, you can
Do anything, anything
You can, do anything
You can, you can
Do anything, anything
You can, do anything

You can, you can
Do anything, anything
You can, do anything
You can, you can
Do anything, anything
You can, do anything

You can, you can
Do anything, anything
You can, do anything
You can, you can
Do anything, anything
You can, do anything

You can, you can
Do anything, anything
You can, do anything
You can, you can
Do anything, anything
You can, do anything"


czwartek, 6 lipca 2017

Mil Pasos czyli najdłuższa podróż zaczyna się od pierwszego kroku.

Kiedy w życiu kobiety następują zmiany, to najpierw idzie do fryzjera i ścina włosy, a potem... potem zabiera się do dziergania Mil Pasos.
Autorką tego magicznego projektu jest Asja Janeczek. Dla tych, którzy potrzebują pomocy przy stawianiu kroczków Intensywnie Kreatywna przygotowała wspaniałe tutoriale. Dla obu Pań podziękowania i hołdy składam.

Mój pierwszy Mil Pasos zrobiłam asekuracyjnie z akrylu. Obawiałam się, że ukochana Alpaca Silk Brushed ciężko zniesie moje ewentualne prucia i pomyłki. W końcu to moja pierwsza w życiu chusta, pomyłki mogły się zdarzyć. Obawy były bezpodstawne, bo chusta dzierga się łatwo, przyjemnie, a nawet wbrew ilości oczek szybko. Zaczęłam ją w niedzielę, skończyłam dzisiaj. Wciągnęła mnie tak, że trudno było mi się od niej oderwać.



Franek chłonie opis przez absorpcję ;)



Komisarz Franek nadzorował każdy etap pracy.

Tak bardzo chciałam się pochwalić tą chustą, że zdjęcia są sprzed prania i blokowania. Swoją drogą nie wiem czy blokowanie akrylu ma w ogóle jakiś sens, a chustą i tak jestem zachwycona. Nie będę ukrywać, że nadal zachodzę w głowę skąd mam wytrzasnąć w domu taką ilość powierzchni płaskich do blokowania  :) Coś będę musiała wydumać, bo zapragnęłam więcej chust.

Zdjęcia sprawiły więcej kłopotu niż dzierganie. Trudno też było o miejsce, które wyeksponowałoby wielkość chusty. Sznur pod werandą spisał się chyba dobrze.



Przyznaję się bez bicia, że projekt z lekka sprofanowałam raz robiąc go z akrylu, drugi skracając falbankę w obawie, że zabraknie mi włóczki. 

I obowiązkowa muzyka do tego udziergu:


A po szczęśliwym zakończeniu Mil Pasos... zasłużona kolacja w ogródku :)
Skończony Mil Pasos, pieczone warzywa, grillowana kiełbasa i surówka ze szpinaku. Czy trzeba więcej do szczęścia?

niedziela, 2 lipca 2017

Warkoczowy bokiem

U Agnieszki na blogu to luty upłynął pod kątem dziergania bokiem sweterków. Ja oczywiście jak zwykle mam poślizg. Na Pintereście wpadł mi w oko sweterek, który po zmodyfikowaniu zapragnęłam odtworzyć.



I tak oto wydzierał się biały boczny warkoczowy.

Dzierganie uspokaja, ale dzierganie w nerwach czy stresie powoduje napady pomroczności jasnej. Jedna trafiła mi się na rękawie przy warkoczu. Wzór prosty jak konstrukcja cepa, a ja się pomyliłam. Ktoś, kto na dzierganiu się nie zna nie zauważy, że warkocz lekko się gibnął, ale ja to wiem. Rękaw był już prawie skończony. Popłakałabym się ze złości, gdybym tylko była w stanie płakać. Pomyślałam, że albo zostawię jak jest udając, że nic się nie stało i tak ma być, albo cały sweter właściwie już skończony wcisnę do pudła z ufokami. No i zostawiłam. Trudno. Nikt nie jest doskonały.
Drugą pomroczność odkryłam dźgając się drutem w twarz. Ostatni rękaw robiłam na żyłce 120 cm i dopiero pod koniec spłynęło na mnie objawienie, że męczę się przeciągając ten długi drut zamiast wymienić żyłkę na krótszą. Witajcie w świecie zakręconych.
Kolejna pomroczność to zostawienie robótki na widoku krwiożerczej, czy raczej włóczkożernej bestii, znaczy się kota. Kto ma kota ten wie, że wszelkie majtające się niteczki, druty czy końcówki stanowią źródło zabawy kota i utrapienia właściciela futrzaka.



Włóczka to wiskoza Regan  z firmy Alwo (Regan... serio... dla wielbicieli polityki i filmu House of Cards proponuję włóczkę o nazwie... Underwood względnie... Clair :P).
Twór przywleczony w ilości zatrważającej z polskich pudeł. Jaki będzie w użytkowaniu, to się okaże. W robieniu dość przyjemny i wydaje się być dobry na lato.
Wzory warkoczy to wymysł własny. Motyw na rękawach z 24 oczek, przy dekolcie z 6. Po fakcie pomyślałam, że warkocze na bokach robiące naturalne taliowanie też byłyby fajne. Kolejna pomroczność.Choć może przy moich obecnych gabarytach lepiej niczego nie taliować.
Robione na drutach nr 4 (zalecane były 3) dzięki czemu sweter jest mniej zbity, a o to mi chodziło.

To mój pierwszy sweter bokiem i chyba ostatni, bo jakoś nie polubiłam takiej metody dziergania. Górą swetry od góry robione, w górach najlepiej.




Poniżej testowanie swetra. O ile nie nada się do noszenia, to sprawdzi się jako kocyk dla Franka :)
Po krótkich, ale burzliwych negocjacjach udało mi się wydobyć sweter spod testera. Strat w ludziach nie było, strat w kotach nie było, pozaciągane oczka udało się uratować. Zwycięstwo na miarę Szóstki Buław.





piątek, 30 czerwca 2017

Piosenka na dziś - Purple rain


I never meant to
'cause you any sorrow 
I never meant to 'cause you any pain 
I only wanted to one time see you laughing 
I only wanted to see you laughing in the purple rain 

Purple rain Purple rain 
Purple rain Purple rain 
Purple rain Purple rain 

I only wanted to see you bathing in the purple rain 

I never wanted to be your weekend lover 
I only wanted to be some kind of friend 
Baby I could never steal you from another 
It's such a shame our friendship had to end 

Purple rain Purple rain 
Purple rain Purple rain 
Purple rain Purple rain 

I only wanted to see you underneath the purple rain 

Honey I know, I know, I know times are changing 
It's time we all reach out for something new 
That means you too 
You say you want a leader 
But you can't seem to make up your mind 
I think you better close it 
And let me guide you to the purple rain 

Purple rain Purple rain 
Purple rain Purple rain 

If you know what I'm singing about up here 
C'mon raise your hand 

Purple rain Purple rain 

I only want to see you, only want to see you 
In the purple rain


niedziela, 25 czerwca 2017

Oj szalały, szalały czyli Noc Kupały

Tak na prawdę Noc Świętojańska jest z 23 na 24 czerwca. Jednak każdy dzień na świetną zabawę i okazję do spotkania ze znajomymi jest dobry, a sobotnia impreza zaczęła się w sumie już przed imprezą :)
K. thanks again for this beautiful flowers!


Organizator tego spotkania PNKV (polsko - holenderskie stowarzyszenie kulturalne) zadbał o różnorodne atrakcje. Nad obsługą imprezy dzielnie czuwali pracownicy i wolontariusze z Grupy ANIKA Team. Graficzną oprawę oraz poniższe plakaty przygotowała firma 048 Design czyli najlepsi branderzy - Weronika i Wojtek. Weronika prowadziła również warsztaty wicia wianków. 



Mimo typowo holenderskiej pogody impreza była bardzo udana.  Były atrakcje dla dzieci - tańce, zabawy, malowanie twarzy. Mieszczuchy mogły zobaczyć śliczne króliki w klatkach, krowy pasące się na łące, a nawet przejechać się na koniu. Była polska kuchnia czyli bigos, polskie kiełbaski z grilla, ogórki kiszone oraz... a jakże polskie piwo :)
Była loteria, na której wygrałam możliwość zorganizowania przyjęcia. Niestety nie udało mi się wygrać głównej nagrody, którą był typowy strój góralski :) Śmiechu przy tym było co nie miara, bo znajomi czekali na wylosowanie mojego numeru z równym przejęciem co ja, zamierając, gdy do wygrania była książka o kanonizacji kogoś tam (nie, nie, nie chcę!), zestaw dla babci (o jezuuuu tylko nie to), albo dziadka (o jezuuu jeszcze gorzej) i trzymając kciuki, gdy pojawiały się wartościowe nagrody.
Było również szukanie kwiatu lotosu... eeee... znaczy się kwiatu paproci.  Niezorientowanym tłumaczę. W filmiku promującym imprezę Wojtek przejęzyczył się i wspomniał o szukaniu kwiatu lotosu miast paproci. Była to zabawna pomyłka, która tak zakodowała się uczestnikom, że w przyszłym roku pewnie już nikt nie pomyśli nawet o paprociach. Jak to powiedziała Weronika, tak tworzą się nowe tradycje.

Największą jednak popularnością cieszyły się warsztaty z wicia wianków oraz wszelkie propozycje związane z tradycją nocy świętojańskiej.

Mój wianek samoróbek.

Weronika w akcji. Podziwiałam jej cierpliwość do panowania nad gorączką i desperacją kobiet przy wiciu wianków.

Tu ciąg dalszy moich działań z TEGO posta. Znowu mogłam kogoś zamknąć niczym ta zła Baba Jaga :)


Ognisko i pieczenie kiełbasek. 

Mimo parszywej holenderskiej pogody bawiłam się fantastycznie. Spotkałam dawno niewidzianych znajomych, poznałam nowych cudownych ludzi pełnych życia i pasji, nawiązałam kontakty, które kto wie, może zaowocują w przyszłości.
Działo się tyle, że pewnie i tak o połowie rzeczy nie napisałam.
Był też element zaskoczenia, bo kiedy stawiałam tarota znajomym przyszła organizatorka i powiedziała, że jeśli chcę mogę to robić oficjalnie za kasę, odpalając rzecz jasna część dochodu do fundacji. Przyznam, że na takie coś nie byłam jeszcze gotowa. Ale kto wie co będzie za rok? Może wystąpię jako czarownica Mag Ik? ;)






Zdjęcie z panem Magiem, który odprawiał rytuały ognia, a nieco później zaskoczył mnie niespodziewanie wręczając mi ogrodową pochodnię z cudnie pachnącą czerwoną świecą i słowami: Niech Ci rozświetli mrok. Wczorajszej nocy co prawda mi nie rozświetliła, bo mimo zasłaniania jej własnymi ciałami była gaszona przez deszcz i ogień. Udało się ją zapalić dopiero w zaciszu domowego ogrodu.
Cóż.... jeśli nieznany mężczyzna wręcza Ci pochodnię... to musi być znak ;) Tylko jeszcze nie wiem jaki :)


Tu Świtezianki w rytualnym tańcu oplatania późniejszej pochodni. Do tych pląsów intonowana była oryginalna pieśń bułgarska. W zaćmieniu umysłu i skoncentrowaniu na akcji nie zrobiłam żadnych filmików.



No i wreszcie... Coś na co wszyscy, lub prawie wszyscy czekali - rzucanie wianków na wodę. Przewidując, że z powodu wiatru panowie z łódek łowić wianków nie będą, obawiając się straty mojego cudnie uplecionego nakrycia głowy zdecydowałam się nie wrzucać go do wody, jeno zachować na pamiątkę.

Znalazł się śmiałek, który nie bacząc na panujący chłód rzucił się do wody, by wyłowić wianek swojej ukochanej. It must be love... love... love. Albo za dużo piwa ;)))
Zabawna scenka odegrała się chwilę później, kiedy kolejny pan, połechtany podziwem w oczach kobiet zbierał się do skoku do wody. Jego zapędy, bardziej niż zimna woda ostudziła wybranka rzucając:
- Jurek, nie wygłupiaj się. Ja ci dam i bez wianka.
Ot, polski klimat :)

Panie śpiewające przy ognisku i namolny fotograf, który tak zirytował jedną z nich, że zastanawiałam się czy nie dojdzie do rękoczynów. Dziarska staruszka. Widać, że ma słowiańską krew :)

Niech i Franek ma coś z nocy Kupały. W końcu też jest kobietą.

czwartek, 15 czerwca 2017

Mord w ogrodzie

Osoby o słabych nerwach i żołądku proszone są w tym momencie o opuszczenie bloga.

Serii ogrodowej ciąg dalszy. Ostatnio była impreza, a dzisiaj... krwawy mord. Powszechnie wiadomo, że koty to drapieżniki. To, że Franek killer przynosił mi do domu martwe (a czasem nawet żywe) ptaki, myszy i króliki wcale mnie dziwił.
Jednak to co dziś zobaczyłam w ogródku dosłownie ścięło mnie z nóg.

Najpierw może wytłumaczę się z tej klatki. Żeby nie było, że znęcam się nad kotem. Kilka lat temu Franek miał wypadek i połamane dwie kości w łapce. Operacja, pół roku leczenia z drutem stabilizującym roztrzaskaną kość. Od tego czasu zero wychodzenia samopas i złotej kociej wolności. Jednak tęskno jej za świeżym powietrzem, stąd ta klatka. Szelki i smycz się nie sprawdziły. Franek niczym Houdini wymykał się z ubranka. Może to byłby dla niej wstyd chodzić ze mną na spacer ;)
Zdjęcia bez winowajcy. Za karę trafiła znowu do domu.



Tym razem Dieren ambulans na nic się zda.Trup to trup.  Cóż... idę usunąć ten dowód rzeczowy Frankowego mordu. A potem przygotuję transparent - nie odpowiadam za czyny mojego kota.


sobota, 10 czerwca 2017

Impreza w ogrodzie czyli PL kontra NL

Sezon grillowy się rozpoczął. Pogoda w końcu z jesiennej zmieniła się na wiosenna, a nawet na iście letnią. Postanowiłam zatem zorganizować imprezę w ogródku.
Żaden wypas, ale na świeżym powietrzu nawet mało wyszukane dania smakują lepiej.
Kilka fotek ogrodu przed imprezą:




Tuż przed imprezą. W ferworze obracania produktów na grillu zdjęć artykułów konsumpcyjnych nie zrobiłam. 


Jak będziesz niegrzeczna, to cię zamkniemy w klatce :) Wreszcie mogłam odegrać rolę złej wiedźmy  z bajki o Jasiu i Małgosi :)


Dla porównania ogrodowa impreza holenderska pani, o której pisałam TU.


Ten "obrus", robi wrażenie, prawda?

A przy okazji wszystkim Małgorzatom najlepsze życzenia imieninowe.

niedziela, 28 maja 2017

Urodzinowe refleksje



"Urodzin się nie wybiera, ale można wybrać, jak się umrze".
 Haruki Murakami


"Ale zresztą... czym są urodziny? Dziś są, jutro ich nie ma".
 Alan Alexander Milne


"Jeśli potrafisz iść przez życie bez zaznawania bólu,
to prawdopodobnie jeszcze się nie urodziłeś".
 Neil Simon


A żeby nie było tak smętnie - motto miesiąca.




wtorek, 2 maja 2017

Takie tam... drobiazgi.

Ostatnio niewiele szyję. Hurtowo produkowałam woreczki na talie tarota. Większość rozeszła się wśród przyjaciółek bez uwiecznienia na zdjęciach.



Te poniżej też już znalazły nową właścicielkę. Mia, cieszę, że się spodobały i wkomponowały się kolorystycznie w stylistykę pokoju :)



Pentagram na jednym z nich to haft maszynowy. Oczyma duszy widzę jakie cuda można by tworzyć mając hafciarkę... No, ale z braku hafciarki haftuję takie proste wzorki.


niedziela, 9 kwietnia 2017

Piosenka na dziś - I lost on you.

When you get older, plainer, saner
When you remember all the danger we came from
Burning like embers, falling, tender
Long before the days of no surrender
Years ago and well you know

Smoke 'em if you got 'em
'Cause it's going down
All I ever wanted was you
I'll never get to heaven
'Cause I don't know how

Let's raise a glass or two
To all the things I lost on you
Tell me are they lost on you?
Just that you could cut me loose
After everything I've lost on you
Is that lost on you?
Is that lost on you?
Baby is that lost on you?
Is that lost on you?

Wishing I could see them back in nations
Understand the toil of expectations in your mind
Hold me like you never lost your patience
Tell me that you love me more than hate me all the time
And you're still mine

So smoke 'em if you've got 'em
'Cause it's going down
All I ever wanted was you
Let's take a drink of heaven
This can turn around

Let's raise a glass or two
To all the things I've lost on you
Tell me are they lost on you?
Just that you could cut me loose
After everything I've lost on you
Is that lost on you?
Is that lost on you?
Baby is that lost on you?
Is that lost on you?

Let's raise a glass or two
To all the things I've lost on you
Tell me are they lost on you?
Just that you cold cut me loose
After everything I've lost on you
Is that lost on you?
Is that lost on you?



środa, 8 marca 2017

Czytam i dziergam

Oficjalnie nie przyłączyłam się do akcji Maknety "dzierganie i czytanie", bo i jedno i drugie odbywa się u mnie zrywami.

W ciągu ostatnich dwóch tygodni przeczytałam dwie książki Katarzyny Miszczuk: "Szeptucha" oraz "Noc Kupały". Pierwszą ściągnęłam zaciekawiona tytułem, licząc na jakieś przepisy, rytuały czy informacje o ziołach. Tu, troszkę się rozczarowałam. Ale cóż, raczej nie powinnam była spodziewać się pełnych recept i gotowych zaklęć w książce.
Szeptucha, nazywana także babką albo wiedźmą to ludowa uzdrowicielka. Często jej wiedza przekazywana jest z pokolenia na pokolenie. Nazwa pochodzi od szeptanych przy rytuale słów.
Książka osadzona jest we współczesnej, ale bardzo słowiańskiej Polsce. To wizja Polski, która nie przyjęła chrztu i dzięki działaniom księcia Mieszka zamieniła Polskę w europejskie mocarstwo. Są słowiańscy bogowie, zwyczaje, święta. Jest koloryt polskiej wsi. Bohaterką jest nomen omen Gosia (skrót pochodzi wbrew pozorom nie od Małgorzaty, ale od Gosławy), która u szeptuchy odpywa praktykę przechodząc przygody i odkrywając swoje życiowe powołanie.
Książkę czyta się lekko i przyjemnie, choć oczywiście nie jest to wysublimowana literatura. Wciągnęła mnie jednak na tyle, że sięgnęłam po kontynuację tej książki - "Noc Kupały".
Wielbicielkom polskiego folkloru, wiedzy o ziołach oraz lekkich historii obie książki polecam.

Przeczytałam też "Sokoła" Dominika W. Rettingera. Na książkę natknęłam się jadąc do Polski i słuchając jej w radio dosyć dawno temu. Potem szukałam jej trochę po omacku, bo nie znałam autora a i tytuł wyleciał mi z głowy.
Rzecz również dzieje się w Polsce. Tyle, że jest to typowa książka akcji. Mamy tu działania służb specjalnych, wywiadu i planowany w Polsce zamach terrorystyczny. Zupełnie inny klimat. Książka wciągająca, zwłaszcza dla kogoś, kto tak jak ja ma słabość do jednostek specjalnych i marzył o pracy w Mossadzie ;)

Na drutach - sweterek dla mojego bratanka. Dzierganie dla maluchów to dla mnie nowość, ale mam nadzieję, że dam radę i młody oraz jego mama będą zadowoleni z efektu.



Czytam również "symultanicznie" książki o tarocie. Widoczną na zdjęciu "Witches Tarot" Ellen Dugan oraz "Podręcznik Tarota Małe Arkana" Heleny Żuk. Pierwsza jest książką do mojej talii tarota, druga stanowi uzupełnienie informacji i znaczeń, których w angielskiej wersji nie ma.

W przerwach czytam "Tarot terapia słowem" Manueli Klary Olszewskiej oraz "Reputację" Andrzeja Pilipiuka. W kolejce czeka kilkanaście innych książek o tarocie oraz kolejne części "Sagi księżycowej" Marissy Mayer.



sobota, 4 marca 2017

Piosenka na dziś... Sorry


"Sorry for the road that I won’t take
For the words that I won’t say
For the love that I won’t give

Sorry for the heart that I won’t show
For the lengths that I won’t go
For the life that you won’t live

Sorry that I opened up my arms
You would never reach in time 
Before they closed again

You will forget
And I won’t remember it
When all I ever did was race in circles
You will forget 
And all there’s left will be
A faded memory
A dream you woke up from

Sorry for the oath that I won’t take
For the vows that I will break
For the role that I won’t play

Sorry that I’m raising up my walls
And whenever you reached over
You are thrown back to the start

You will forget
And I won’t remember it
When all I ever did was race in circles
You will forget 
And all there’s left will be
A faded memory
A dream you woke up from

From the colour I would bring
To ending up again
Opening darkness 
I wanted to hold you back from"


wtorek, 14 lutego 2017

Piosenka na dziś - We Can Hurt Together

Nie przepadam za Walentynkowym świętem zatem i walentynkowa piosenka nietypowa.
Ze specjalną dedykacją dla specjalnej osoby. 


"You say you are fine
But I see pain
Behind those eyes
You play the game by the rigid rules
But you cheat yourself

There ain't nothing you can say
To scare me away
I got history too
And it's never too late
Share a secret today
I'll reciprocate
Baby, I got you

So hurt with me, I'll hurt with you
Baby, you know we can hurt together
I've been where you've been
I've seen what you've seen
So hurt with me, we can hurt together
Come hurt with me, come hurt with me
Come hurt with me, come hurt with me

Someday you'll taste 
The freedom and relief
Of the trouble shared
Oh oh, today I'm here loving,
You can confide in me

There ain't nothing you can say
To scare me away
I got history too
And it's never too late
Share a secret today
I'll reciprocate
Baby, I got you

So hurt with me, I'll hurt with you
Baby you know we can hurt together
I've been where you've been
I've seen what you've seen
So hurt with me, we can hurt together
Come hurt with me, come hurt with me
Come hurt with me, come hurt with me"



niedziela, 12 lutego 2017

Boerenkool raz...

Razu pewnego zostałam zaproszona do holenderskiej rodziny na typowe holenderskie danie czyli boerenkool. Jest to rodzaj stampotu czyli tłuczonych ziemniaków z czymś. W tym przypadku z jarmużem. W innych przypadkach jest to kiszona kapusta, marchewka z cebulą, szpinakiem czy innymi warzywami.

Nie spodziewałam się rewelacyjnej prezentacji tego dania, bo papka nigdy nie przedstawia się elegancko. Jednak przygotowanie i podanie kolacji ścięło mnie z nóg.
Stół został nakryty elegancko... folią. Chryste Panie, już nawet cerata prezentowałaby się lepiej. Ok, rozumiem, że stół z drogiego drewna i trzeba go chronić, ale do tego świat wymyślił tekstylne obrusy.
"Elegancji" dodawały również ustawione na stole... garnki z boerenkoolem, kiełbasą, sosem i patelnia ze spalonym boczkiem. Nie wiem czy to standard w holenderskich domach czy lenistwo i niechlujstwo pani domu. Podejrzewam, że posiada wystarczającą ilość talerzy, misek i salaterek by przełożyć do nich serwowane dania. A może potraktowała mnie jak członka rodziny i doszła do wniosku, że nie warto się wysilać. A może wprost przeciwnie  uznała, że w Polsce jemy rękami ze wspólnej miski i taki wykwintny obrus będzie dla mnie zaszczytem, bo i tak pewnie nachlapię przy jedzeniu jak świnia. Raczej stawiam na jej niechlujstwo, lenistwo i brak smaku.
Dobrze, że nie trzeba było jeść z rozłożonych na podłodze gazet i miski dla psa.

Sama pani domu za to prezentowała się nad wyraz wystawnie. Wystroiła się w błękitny sweterek w stylu gąsienica czyli jakiś twór z włoskami oraz fioletową spódnicę ni cholery nie pasującą kolorystycznie. Rozporek na nodze spódnicy był tak głęboki, że aż było widać majtki od rajstop. Smaku dodawały także owe rajstopy ze szwem i motywem kwiatów na udzie widocznym w tym rozcięciu spódnicy.
Do tego kozaki na obcasach. Może to jej jedyne buty na obcasie, które ma, a chciała się pokazać i wyglądać kobieco. No, ni cholery jej się to nie udało, bo na tym obcasach chodziła jak oficer pruski.
Totalne przerysowanie, brak smaku i wyczucia. Jaka pani domu, taka prezentacja stołu jak widać.

Sam boerenkool tak jak się spodziewałam był breją bez smaku przypominającą żarcie dla świń. Co prawda świńskiego jadła nie próbowałam, ale wygląd zaprawdę powiadam Wam był podobny.  Ot, wsiowe jedzenie podane przez fleję. Kolację ratowała polska kiełbasa z musztardą :)


Podsumowując... bardzo ciekawe doświadczenie kulinarno-socjologiczno-towarzyskie :)


sobota, 11 lutego 2017

Stara nowa pasja

Dawno, dawno temu "bawiłam się" stawianiem tarota. Z różnych powodów zarzuciłam tą pasję. Nawet oddałam moje karty.
Ostatnio jednak ciągle natykałam się na osoby, które albo same tarota stawiają, albo są nim zainteresowane i z taki "usług" korzystają. Od kilku miesięcy roił mi się w głowie pomysł powrotu do tego nietypowego "hobby". Jednak ostatnie miesiące - osłabienie fizyczne i nazwijmy to eufemistycznie niestabilność emocjonalna odpychały tą wizję.
Teraz, kiedy tabletki działają, a ja (i nie tylko ja) dostrzegam w sobie zmiany, emocje i uczucia, o które bym się nie podejrzewała zdecydowałam na powrót do ezoterycznego świata.
Długa droga przede mną. Wbrew pozorom, to nie jest jak z jazdą samochodem i wiele znaczeń pozapominałam. Praktycznie zaczynam tą przygodę na nowo. Odkrywanie tarota i odkrywanie siebie.

Wybrałam dla siebie karty Ellen Dugan (Witches Tarot). Bo wiedźmińskie, bo przemówiły do mnie, bo piękne, bo chociaż symboliczne to jednak bardzo czytelne. Karty mają, jakby to powiedzieć, łagodniejszy wymiar. Wieża nie jest aż tak przerażająca jak w innych taliach. Zamiast Diabła jest karta The Shadow Side. Śmierć to nie jest przerażająca kostucha lecz groźny jeździec na białym koniu. Tak jak przystało na karty wiedźmy (mój Boże, czemu w języku polskim słowo wiedźma czy czarownica niesie za sobą tak negatywne konotacje?!) dużo w nich odniesień do natury oraz roślinnych i zwierzęcych symboli. Teraz pisząc tego posta uzmysłowiłam sobie, że mam w domu książkę Ellen Dugan Urodzona Czarownica, co jeszcze bardziej potwierdziło słuszność wyboru właśnie tych kart.
Wizualnie lubię w tych kartach Kapłankę oraz Księżyc. Może dlatego, że w jakiś sposób mnie określają.

Mam wspierające koleżanki z długoletnim doświadczeniem, które służą radą, pomocą i wymianą informacji (tu znowu podziękowania dla Danki i Mirki!). Mam też już po kilku dniach odświeżania wiedzy pierwsze małe sukcesy w czytaniu. Jak ten tarotowy Głupiec powoli, małymi kroczkami wyruszam w swoją drogę...